To dla polskiej sceny artystycznej bolesna strata. Informacja o śmierci Edwarda Linde-Lubaszenki, wybitnego aktora, który przez wiele lat kształtował wyobraźnię widzów, poruszyła media. Jeszcze niedawno dzielił się ważną decyzją dotyczącą swojej przyszłości, jednak teraz bliscy przekazali tragiczną wiadomość.
Kim był Edward Linde-Lubaszenko?
Edward Linde-Lubaszenko to nazwisko znane niemal każdemu miłośnikowi polskiego kina i teatru, choć aktor nigdy nie zabiegał o rozgłos. Podczas gdy wielu starało się błyszczeć na pierwszym planie jako amanci, on zdobywał uznanie dzięki inteligencji, dystansowi i charakterystycznemu, niskiemu głosowi. Wystarczyło, że pojawił się w kadrze, by przyciągnąć uwagę widza – bez potrzeby krzyku.
Legenda Linde-Lubaszenki budowała się przede wszystkim na deskach krakowskiego Starego Teatru, gdzie pracował pod skrzydłami wybitnych reżyserów, takich jak Jerzy Jarocki, Konrad Swinarski czy Andrzej Wajda. Właśnie kino moralnego niepokoju uczyniło go symbolem myślącego człowieka z nutą sceptycyzmu wobec świata. Nie forsował się na pierwsze strony gazet, a mimo to potrafił „ukraść” scenę nawet w epizodycznych rolach – sztuka rzadka i cenna.

Znany też jako ojciec Olafa Lubaszenki, z którym dzielił ekran w produkcjach takich jak „Sztos” czy „Chłopaki nie płaczą”, tworzyli na scenie zgrany, chemiczny duet. Edward imponował wyczuciem komizmu, podanym z subtelnością i oszczędnością środków. Bez zbędnych min czy gestów potrafił wydobyć wyjątkowość postaci.
Jego życiorys obfitował w tajemnice związane z pochodzeniem i zmianą nazwiska, co nadawało mu arystokratycznego uroku i aurę niedopowiedzianej tajemnicy. Przez lata pozostawał postacią, która zdawała się wiedzieć o życiu więcej, niż mówiła publicznie. Mimo upływu czasu uchodził za jedną z najbardziej intrygujących osobowości polskiej kultury, dowodząc, że klasa i talent wystarczą, by oprzeć się zgiełkowi show-biznesu.

Nie żyje Edward Linde-Lubaszenko
Niedzielna aktualizacja przyniosła smutną wiadomość: zmarł Edward Linde-Lubaszenko, kluczowa postać polskiego teatru i filmu. Informację potwierdziła rodzina, zamykając ważny rozdział historii krakowskiej sceny. Aktor miał 86 lat, a jego dorobek może się równać z życiorysami kilku innych artystów.
Nie był tylko aktorem, lecz instytucją kultury. Od 1973 roku związany ze Starym Teatrem w Krakowie, gdzie stworzył role na miarę legendy. Szeroka publiczność pokochała go jednak za kreacje filmowe. Na koncie miał ponad 70 ról kinowych, ponad 100 teatralnych i dziesiątki w Teatrze Telewizji. Mistrz drugoplanowych ról – jedną sceną, spojrzeniem czy głosem potrafił zdominować widowisko. Co ciekawe, pożegnał się z fanami na własnych warunkach: w grudniu 2025 roku wystąpił po raz ostatni w „Dzień Dobry TVN”, ogłaszając z godnością koniec kariery, gdy jeszcze czuł się w formie.
Odszedł pedagog, mentor i człowiek pełen inteligencji. Dla wielu pozostanie ekranowym ojcem i genialnym interpretatorem klasyki. Bez względu na to, czy zapamiętany z „Psów”, czy teatralnych spektakli – jego strata kończy pewną erę. Polski teatr i kino straciły filar kultury, którego pustkę nie wypełni żaden casting.
Na co chorował Edward Linde-Lubaszenko?
Gdy Polska Agencja Prasowa podała wiadomość o śmierci aktora, wielu sprawdziło jego wiek, nie wierząc, że odszedł mając 86 lat. Oficjalna przyczyna zgonu nie została ujawniona, lecz strata ta kontrastuje z jego wyjątkowym podejściem do życia.
Jeszcze na 84. urodzinach Linde-Lubaszenko podkreślał, że starość to kolejny etap, a nie wyrok. Nie narzekał na przemijanie jak typowa gwiazda. Emanował energią, która zawstydziłaby niejednego trzydziestolatka. Zaczynał dzień od porannej gimnastyki – prostego nawyku wspierającego kondycję ciała i ducha. W wywiadach powtarzał, że czuje się znakomicie i nie zwalnia tempa.
Receptą na długowieczność okazał się nie tylko ruch, lecz przede wszystkim dystans do siebie i zdrowe poczucie humoru, pozwalające patrzeć na życie bez napięcia. Nie roztrząsał spraw, ceniąc spokój i autentyczność ponad błyskotki sławy.