Wszystko zaczyna się od układanki w dłoni: krzywizna dopasowująca się do palców, ciężarek podtrzymujący nadgarstek, wycięcie, które zdaje się czekać na zadanie, którego już nie rozpoznajesz.
Powoli zaczynasz zdawać sobie sprawę, że ten „tajemniczy przedmiot” kiedyś żył w rytmie czyjegoś zwyczajnego dnia.
Nie został zaprojektowany, by imponować obcym; został ukształtowany tak, by cicho służyć właścicielowi, raz po raz, aż dłoń i narzędzie zaczęły się rozumieć.
W tym rozpoznaniu dystans między stuleciami się zaciera. Nie patrzysz już tylko na artefakt; dotykasz czyjegoś sposobu rozwiązywania problemów, jego cierpliwości, jego upartej odmowy marnowania wysiłku.
W świecie opętanym obsesją na punkcie ulepszeń i jednorazowości, te zapomniane narzędzia szepczą inny rodzaj postępu – taki, który opiera się na trwałości, intymności i szacunku dla samego dzieła. Zadają proste, niepokojące pytanie: kiedy przestaliśmy oczekiwać, że nasze narzędzia będą nas tak dobrze znać?